2014-03-18

O ?Ośmiornicy? ZNTK ? po 24 latach. Co naprawdę stało się w 1990 r.? WYWIAD

Rozmowa z Bogdanem Łuczajem, który na początku lat 90. był sekretarzem Rady Pracowniczej ZNTK, następnie redaktorem naczelnym ?Gazety Łapskiej?. Obecnie znanym pszczelarzem.
1

Roman Czepe: Od dawna zawodowo, z bardzo dobrym skutkiem, zajmujesz się pszczelarstwem, podobno żyjesz w nieco innym świecie, w świecie pszczół, ale nadal interesujesz się polityką, choć już zupełnie nie angażujesz się w lokalną politykę.

Bogdan Łuczaj: Pszczelarstwem zawodowo zająłem się w 1994 r., gdy odszedłem z „Gazety Łapskiej”. Od dawna było moim marzeniem, aby tym się zajmować.

R.C.: Na Portalu Łapy opublikowaliśmy 12 pierwszych numerów „Gazety Łapskiej”. W związku z mini jubileuszem wydania 400 numeru. Zainteresowanie Czytelników okazało się bardzo duże. Liczba wejść w ten artykuł ze zbiorem 12 pierwszych numerów jest już większa niż obecny nakład gazety. Podpytywaliśmy różne osoby, co szczególnie jest tam dla nich ciekawe i okazało się, że m.in. temat ZNTK, a konkretnie początek zmian w Zakładach. O tym właśnie mówi twój artykuł „Ośmiornica”.

B.Ł.: To faktycznie dawna historia, ale, biorąc pod uwagę to,  co się potem z Zakładami stało, wciąż żywa. Najpierw we wrześniu 1990 r. napisałem artykuł „Dziś i jutro ZNTK” [nr 7, 6.09.1990 – przyp. red. PŁ].

Kiedy to pisałem byłem pracownikiem ZNTK, sekretarzem Rady Pracowniczej. Był to czas wielkich zmian systemowych w Polsce. Sytuacja w ZNTK pod wieloma względami nie była dobra. Przewozy towarowe w Polsce mocno spadały, więc też i zamówienia na remonty wagonów. Ale trudno było mówić o rynku, to nadal była w ogromnej mierze tzw. „gospodarka planowa”, kierowana odgórnie, centralnie, biurokratycznie. Skutki były takie, że Zakłady miały ograniczaną produkcję. Wówczas jeszcze roczne moce produkcyjne ZNTK wynosiły 11 tys. wagonów, a przyjęto plan dla łapskiego ZNTK ok. 8800 wagonów na 1991 rok i ok. 8200 na 1992 r., czyli coraz mniej. Na dodatek z początkiem 1992 roku zaplanowano wyłączenie ZNTK-ów z przedsiębiorstwa PKP. Powstało duże zamieszkanie. Związki były temu przeciwne, głównie przeciwstawiały się pozbawieniu pracowników świadczeń kolejowych. PKP zapowiedziało, że usamodzielnione ZNTK-i będą konkurować ze sobą, a zamówienia PKP-owskie będą otrzymywać te, które wykonują remonty lepiej i taniej. Czyli niby wolny rynek zamówień publicznych, co potem także okazało się fikcją. W ZNTK-ach była świadomość, że   trzeba „uciec do przodu”, zdecydowanie postawić na rozwój. W swym artykule wymieniałem plany, o jakich się mówiło w łapskich Zakładach, o poszukiwaniu możliwości rozwoju. Naturalnie, to czasem były tylko hasła, ale tak zawsze jest na giełdzie pomysłów. Ale ta burza mózgów zdawała się być. Potem to wszystko zupełnie zgasła. Ludziom nie chciało się już ani chcieć, ani myśleć. Zgaszono ludzką aktywność, przedsiębiorczość, entuzjazm.

R.C.: Mam ten artykuł przed sobą. Pisałeś o oczekiwanych zmianach: „Dokonać tego mogą ludzi myślący inaczej niż dotychczas, zdecydowani dostosować się do warunków gospodarowania w systemie rynkowym”. Z jednej strony demokratyczny wolny rynek, a z drugiej czerwony kapitalizm, jak się określało uwłaszczająca się nomenklaturę?

B.Ł.:Dokładnie tak, ze skutkami wiadomymi, boleśnie odczuwanymi przez wielu mieszkańców Łap do dziś. Po latach mój znajomy z „Gazety Łapskiej”, Bogdan Tarasiuk, autor sławetnych fraszek, powiedział, że powtórnie przeczytał  tamte artykuły i że aż dziwne, jak bardzo się to wszystko spełniło. Myślę podobnie. W skali kraju spełniły się tezy Jarosława Kaczyńskiego o powstawaniu czerwonego kapitalizmu. Niestety, tezy zwarte w „Ośmiornicy” potwierdziły się. Zmiana kierownictwa ZNTK na osobę z zewnątrz dawała szansę na prawdziwą zmianę i, jak się potem okazało, na ocalenie zakładu. Zostało to jednak ogromnie skontrowane, bo chodziło o legalne przejęcie majątku Zakładów. Legalny „rabunek”. Potem to już był cały mechanizm. M.in. przez horrendalne płace Zarządu, niezależnie od wyników, przy minimalnych płacach zwykłych pracowników, także tych ciężko pracujących, jak spawacze itd. Płacono nieswoim za prace. Kontrola  nad tym była praktycznie żadna. Były zarzuty, że niektóre prace nawet nie były wykonywane. Do komórki ds. skarg i wniosków, gdzie wcześniej pracowałem, było takie zgłoszenie, zajmowałem się tym, ale nikt nie chciał oficjalnie świadczyć. Ludzie bali się. Skutek taki, że zakład mający półtorawiekową tradycję w 2009 roku padł, a ludzie poszli na bruk. Uderzeni zostali nie tylko pracownicy, ale ich dzieci, niemające zapewnionej w przyszłości, no, ale kilka osób ma znakomicie. Wygodne dożywanie w ciepłych krajach. „Po nas choćby potop…”

R.C.: To wróćmy do 1990 roku, aby przypomnieć, jak to się zaczęło. Rada Pracownicza była świadoma konieczności zmian i ogłosiła konkurs na dyrektora ZNTK.

B.Ł.: Do tej pory Dyrektorem był Ryszard Karwatowicz. Nastał po Dyrektorze Majewskim. Jak Dyrektorem został Karwatowicz, to dłuższa historia i osobny temat. Tak samo jak komisarzy wojskowych w ZNTK i w ogóle tych zmarnowanych przez komunistów lat od 1981 do 1990.

R.C.: No, i jesteśmy w 1990 r. W „Gazecie Łapskiej” 22 czerwca 1990 r. ukazało się ogłoszenie o konkursie na dyrektora ZNTK. Pamiętam, jak  namawiałem Janusza Szymborskiego, aby kandydował na szefa ZNTK, skoro odmówił moim usilnym namowom, aby kandydował na Burmistrza.

B.Ł.:Tak, w połowie 1990 roku Rada Pracownicza ogłosiła konkurs. Liczyliśmy na uczciwy wybór najlepszego kandydata. Wymóg w PKP był już taki, że firma zewnętrzna miała konkurs prowadzić. Padło spółkę z o.o. „Orgman” z Łodzi. Cieszyło nas to, ale na początku nie mieliśmy pewności, czy okażą się rzetelni i czy odnajdują się w naszej branży kolejowej. To byli naukowcy z politechniki łódzkiej, rzeczowi fachowcy, wyjaśniali swoje metody i sposoby postępowania, działali bez emocji, zrobili wrażenie kompetentnych specjalistów.

R.C.: Jak przebiegał konkurs wyboru Dyrektora ZNTK?

B.Ł.: Do konkursu zgłosiło się 6 kandydatów, ale dopuszczono 5, bo jedna osoba nie spełniała kryteriów formalnych. Dopuszczono m.in. Ryszarda Ekierta, Jerzego Łubę, Wiesława Łukaszuka, Sławomira Maciejewskiego. Na polecenie Przewodniczącego Rady Pracowniczej W. Brzoski przygotowałem tej firmie materiały nt. ZNTK, z różnych działów.

R.C.: Wtedy też przygotowywano obchody 120-lecia ZNTK. Imprezy i uroczystości zapowiedziano na 9 września. Nie masz wrażenia, że patrzeć można na to jak na zabawę na Titanicu? Wkrótce się zaczęło coś, co tę długą historię miało zakończyć. Twój artykuł „Ośmiornica” w nr. 9 z 5 października 1990 r. upublicznił wynik konkursu i ujawnił to, co się stało zaraz po konkursie.

B.Ł.: Firma „Orgman” podchodziła do zadania bardzo profesjonalnie. Poddawali kandydatów sprawdzianom, testom psychologicznym, badali wiedzę, odporność na stres, umiejętność podejmowania decyzji, kierowania zespołem itd. Analizowali przedstawione koncepcje rozwoju ZNTK. Firma nie rekomendowała kandydatów, ale wyraźnie wskazała, że najlepiej wypadł inż. Wiesław Łukaszuk, a następnie inż. Ryszard Ekiert. R. Ekiert był zastępcą dyrektora ZNTK (dyrektorem ds. technicznych), a W. Łukaszuk dyrektorem białostockiego MADRO (mąż ówczesnej Wojewody, Krystyny Łukaszuk). Komisja konkursowa te dwie osoby zarekomendowała Dyrektorowi Generalnemu PKP. W skład Komisji Konkursowej wchodzili przedstawiciele PKP. Najlepiej wypadł Łukaszuk, trochę gorzej Ekiert, ale obaj na podobnym poziomie. Z kolei Rada  Pracownicza ZNTK nie uchyliła się przed wskazaniem jednego kandydata na dyrektora Zakładów. Miała też własny, szerszy ogląd i przede wszystkim znajomość Zakładów. Na posiedzeniu zapoznano się z efektami konkursu, z zaprezentowanymi przez kandydatów planami rozwoju ZNTK.  Dyskusja była dość burzliwa. W tajnym głosowaniu stosunkiem głosów 12:8 wybrano Wiesława Łukaszuka do zarekomendowania Dyrektorowi Generalnemu PKP. Nie było jednomyślności, ale przewaga w Radzie była wyraźna i nieprzypadkowa. Łukaszuk był rzeczowy, spokojny, analityczny. Gdyby nie sprawdził się, zostałby wybrany ktoś inny, może lepszy, ale zakładowy układ nie miałby już na to wpływu. Dlatego układ zaatakował od razu.  

R.C.: A co na to załoga?

B.Ł.: Większość załogi od początku zdawała się na Radę Pracowniczą, którą demokratycznie wybrała. Mieliśmy wrażenie, że niemal cała załoga nas popiera. Wszystko zmieniała wielka akcja zbierania podpisów. Błyskawiczna, dobrze zorganizowana. Niektórzy, w tym i ja, nie wiedzieli nic o zbieraniu podpisów. Kierownicy nie szli do tych, którzy wyraźnie nie poparliby kandydatury R. Ekierta, a także samej akcji „referendum”. Bo, naturalnie, to nie było referendum, choć ta nazwa celowo została użyta.

R.C.: Wszystko to oisdałeś w artykule "Ośmiornica" ["Gazeta Łapska" nr 9 z 5 października 1990].

Z opisanych przez ciebie wydarzeń wynika, że po owym głosowaniu przez Radę Pracowniczą jej Przewodniczący Wiktor Brzosko i Przewodniczący NSZZ „Solidarność” Tadeusz Wróblewski pojechał do Warszawy, aby Dyrektorowi Generalnemu PKP przedstawić rekomendację inż. W. Łukaszuka. I jak napisałeś: „w Zakładach wybuchła "bomba"” za sprawą Henryka Żochowskiego, poprzedniego Przewodniczącego NSZZ „Solidarność”, członka Komisji Konkursowej.

B.Ł.:Tą „bombą” była ranna akcja zbierania podpisów za Ryszardem Ekiertem, a więc w efekcie akcja przeciw Wiesławowi Łukaszukowi. W Radzie wywołało to zamieszanie. Wiktor Brzosko i Tadeusz Wróblewski z powodu wyjazdu dowiedzieli się o wszystkim z opóźnieniem. Po powrocie Wróblewski zareagował bardziej zdecydowanie niż Brzosko. Chyba na drugi dzień wywiesił w zakładzie twarde w tonie oświadczenie. Brzosko i Wróblewski – tak jak Rada Pracownicza i NSZZ „Solidarność” – wtedy mocno się wspierali. Brzosko podchodził łagodniej, rozważnie. Nie chciał zaostrzenia konfliktu. Mieliśmy różne głosy w Radzie Pracowniczej. Ja byłem radykalny, uważałem, że w tej sytuacji trzeba podjąć strajk, ale Brzosko łagodził, tonował. Mówił, że nie możemy zaszkodzić Zakładom. Szanowałem go za tę „rozwagę”, ale po latach mam wątpliwości, co faktycznie było jej przyczyną.  Po odejściu z ZNTK wiele rzeczy zacząłem widzieć lepiej, wiele się z czasem wyjaśniło. Owszem, na początku wielu z krytyków Ekierta uważało pewnie tak, że skoro – w taki, czy inny sposób – został Dyrektorem, to niech się teraz wykaże. Ma wszelkie możliwości i predyspozycje. Nie był przecież źle oceniony w konkursie. Ale wszystko poszło w innym kierunku. Operatywność ujawniła się w dbaniu o własne interesy, a nie o dobro załogi.

R.C.: W piątek było posiedzenie Rady, w poniedziałek delegacja wyjechała do Warszawy i tego samego dnia do rana odbyła się akcja z ogłoszeniami i listami poparcia. Skoro to wszystko było już od samego rana gotowe, to można zakładać, że pracowano nad tym przez weekend. Firmował to wszystko Henryk Żochowski, ale, oczywiste, że stał za tym nie tylko on. Czy widomo, kto jeszcze?

B.Ł.: Można się domyślać. Najbardziej służyło to Ryszardowi Ekiertowi. Służyło jego najbliższym współpracownikom, Krzysztofowi Kurkowi, Jackowi Łupińskiemu. Służyło tym kierownikom, którzy bali się zmian. Warto zobaczyć, kto na tym najbardziej skorzystał. Henryk Żochowski przyznawał, że treści apelu itp. pomagał mu formułować Jacek Łupiński, prawnik, kierownik kadr ZNTK. Twierdzili oni, że odbyć się powinno referendum w sprawie wyboru kandydata na dyrektora. Oczywiście, było to działanie pozaprawne, aby skontrować rekomendację Rady Pracowniczej. Potem twierdzono, że użycie słowa „referendum” to „zwykły lapsus”. Kolportowany podpisany przez Żochowskiego apel do załogi, aby poparła kandydaturę Ryszarda Ekierta na Dyrektora ZNTK, nadał całej sprawie charakter oddolny. To była doskonała zmyłka. Tak naprawdę to nie wiadomo, jaką kandydaturę poparłaby Dyrekcja Generalna PKP. Do tej pory nie przeciwstawiali się w Polsce radom pracowniczym, ustępowali, ale…  najłagodniej mówiąc, traktowali je jak piąte koło u wozu. W ZNTK chodziły wieści, że ktoś z dyrekcji ma mocne powiązanie z kimś w Ministerstwie i lobuje za Ekiertem. Jak było? Wiktor Brzosko po powrocie z Warszawy opowiadał, że trudno było łapskiej delegacji się dostać „na pokoje”. Było to przykre, jak potraktowali ich z góry i z  niechęcią.

R.C.: Napisałeś wtedy, że z samego rana H. Żochowski przyszedł na zebranie kierownictwa i miał już bardzo wiele odbitych na ksero list do podpisywania poparcia Ryszarda Ekierta na dyrektora. To przede wszystkim kierownicy zaangażowali się w zbieranie podpisów i brali listy na swoje działy. Ale także drugi związek zawodowy czyli OPZZ. W artkule przytaczasz fałszywe plotki, jakie rozpuszczano o inż. W. Łukaszuku, że to „Ukrainiec”, „prawosławny”, „pezetperowiec”, że doprowadził do upadłości już trzy zakłady, że od razu zwolni 800 pracowników, w tym wszystkich spawaczy itp.

B.Ł.: Henryk Żochowski uruchomił potem też akcję zbierania podpisów o odwołanie Rady Pracowniczej. Ta grupa doszła do wniosku, że trzeba wykazać dla Dyrekcji PKP, że Rada Pracownicza  nie ma poparcia. Zarówno Rada Pracownicza, jak i NSZZ „Solidarność” dowiedzieli się o tym od pracowników. Tadeusz Wróblewski zareagował mocnym oświadczeniem przeciwko akcji Henryka Żochowskiego. Wytknął  mu manipulację. Napisał, że nomenklatura boi się dyrektora spoza ZNTK, bo rozbije wewnętrzne układy. Także ukazało się oświadczenie Rady Pracowniczej, ale znacznie łagodniejsze w treści. To był moment zmagania, kto ma większy wpływ na załogę. Ciekawa w tym musiała być rola byłego Dyrektora Ryszarda Karwatowicza, z którym też spotykał się  H. Żochowski. Inna sprawa, to co byłoby, gdyby ogłoszono prawdziwe referendum, gdzie ludzi autentycznie by głosowali tajnie, nie pod presją, a nie, jak to zrobiono, pod naciskiem, jawnie i przed kierownikiem i na jedynego słusznego kandydata. Czy w prawdziwym tajnym referendum ludzi wyraziliby inne zdanie, jak wielu z nich? Ale czy w ogóle możliwa byłaby uczciwa agitacji, a nie plotka? Od lat 50. w ZNTK pozostała atmosfera stalinowska. Na stanowiskach kierowniczych byli i dobrzy fachowcy, bo zakład musiał takich mieć, ale i idioci, całkowicie posłuszni we wszystkim, niemający kompletnie swego zdania. Kwitło donosicielstwo. Dyrekcja bardzo szczegółowo wiedziała, co kto powiedział; niejeden potem słyszała zarzuty, że to lub tamto mówił, że wygłaszał jakieś poglądy i to już po komunie. A co dopiero za PRL? W stanie wojennym sam miałem naciski, aby wstąpić do OPZZ. Z kolei kierownik twierdził, że ma naciski, aby zapisywać. Oczywiście, odmówiłem. Ta cała atmosfera posłuszeństwa, strachu i donosicielstwa sprawiała, że łatwo było załogą manipulować. W 1990 roku mentalnie to był wciąż w dużej mierze system sowiecki. A wystarczyło zrobić tę manipulację raz, właśnie wtedy, aby ustanowić dyrektora. I to właśnie zrobiono. Trochę mogliśmy się liczyć, że w ten sposób układ  chce się uwłaszczyć, ale było już za późno. Były przykłady w kraju, jak tworzy się czerwony kapitalizm, ale co do ZNTK byliśmy za naiwni, za mało przewidujący, może za słabi. Ale to, co zrobił układ nie wzbudziło euforii, raczej przestrach.

R.C.: Pisałeś, że w Zakładach robotnik za kradzież puszki farby był wyrzucany z pracy, gdy inni za ogromne nadużycia dostawali upomnienie. Układ powodował bezkarność i tego układu tak intensywnie broniono? Układ bał się kogoś z zewnątrz?

B.Ł.: Robotnicy byli lękliwi. Zakładowa „Solidarność” miała siłę, ale była już skłócona. Jeden z konfliktów był na linii Wróblewski – Żochowski. Trzeba też pamiętać, że w Zakładach ludzi mało zarabiali, więc liczyły się wszelkie drobne dodatkowe korzyści, interesiki. Bali się kogoś z zewnątrz, czy im nie ukróci pewnych praktyk, lewizn itd. Niemała grupa miała poważniejsze zobowiązania. Były związki ze Służbą Bezpieczeństwa. To była sieć powiązań. W IPN jest mnóstwo informacji o ZNTK, agentach, tajnych współpracownikach, operacyjnych kontaktach itd.

R.C.: W rozmowach o Zakładach często pada argument, że ludzie kradli, pili i tak się to skończyło.

B.Ł.:A kradli, od zawsze, ale to drobiazgi, resztówki, odpady. Ale to oni byli tanią siłą roboczą, okradaną na pensji, na środkach czystości, na ubraniach roboczych, zwłaszcza kompletach zimowych. Przy tym Zakłady mnóstwo rzeczy marnowały. Pod Narew w kierunku Uhowa wywożono trociny i wyrzucano na stok lub w bagno, choć ludzie chcieli kupować, ale odpowiadano, że nie ma cenników. Tony metalu wygrzebywano tam  z ziemi przez lata. Ale nie można było ludziom dać, ani za grosze sprzedać. Tak było za rozbiorów, za okupacji, za PRL. Dyrekcje były jak pies ogrodnika. Przyczyniły się do tej mentalności. Więc ludzie podkradali farbę, deski pocięte wynosili w torbie na rozpałkę itp. To były zwykle resztówki, zużyte,  więc wolno było. Ale nie zawsze. Jednak przy tych dziadowskich pensjach  nie miało to znaczenia, nie był to żaden uszczerbek. Niekiedy było to uratowanie przed zmarnowaniem. Można byłoby to wszystko uporządkować przy dobrej organizacji pracy, dobrym zarządzaniu itd. Ale tego nie było i to była największa strata. A zły przykład szedł z góry. W 1981 r. ujawniono wiele afer, ale stan wojenny zakrył to milczeniem. A co działo się w latach 80., po stanie wojennym? Mówiono o wagonie desek na budowę domu dla komisarza i innych takich „działaniach pomocowych”. A latach 90. nie lepiej.

R.C.: W artkule „Ośmiornica”, z października 1990 r., na który tu się często powołuję, bardzo odważnie napisałeś, że mózgiem całej akcji była „zdymisjonowana czerwona szycha”, czyli R. Karwatowicz, jak wynika z następnych artykułów? Ale to pasuje do byłego I Sekretarza POP PZPR Krzysztofa Kurka.   I zabawiłeś się w proroka, pisząc, że miał on plan: ustanowić R. Ekierta dyrektorem, aby samemu zostać jego zastępcą. I faktycznie tak się stało. A odwołanie Rady Pracowniczej wynikało także z tego, że Rada w tym składzie nie wyraziłaby zgody na to, aby został zastępca – były szef PZPR w Zakładach.

B.Ł.: R. Karwatowicz był dyrektorem, więc pewnie przecenialiśmy jego rolę. Ale też nie stał na boku, musiał wiedzieć, co się dzieje i dać na to przyzwolenie. Może w tym widział jakąś szansę dla siebie. „Solidarność” go usuwała, a tu przy nim pojawiły się młode wilki. To nic, że żądne władzy. Ekiert ze swoją grupą, to już było następne pokolenie, wychowane w starym i przy starym układzie, ale myślące inaczej. Karwatowicz szedł w odstawkę i miał tego świadomość, był zmęczony, chciał ocalić dla siebie, ile się da. Ale nie był arogantem i pyszałkiem, a tak, niestety, postrzegam Ekiera. Zimny, stalowy, mściwy. I ta pycha.

R.C.:  Wtedy jeszcze sądziłeś, że załoga nie odwoła Rady Pracowniczej, a już na pewno nie wybierze takiej, która będzie potulna wobec dyrekcji. Byłeś naiwny w swej wierze w ludzi?

B.Ł.: Chyba nadmiernie wierzyłem w ludzi, że są odważni i chcą sprawiedliwości. Przewrót w ZNTK pokazał, że ludzie w swej większości są ulegli, strachliwi i łatwo można nimi manipulować. Po jakimś czasie się reflektują, ale jest za późno. Wtedy wolą nie pamiętać, że sami się też przyczynili. A Rady Pracownicze został zlikwidowane z mocy prawa po wyłączeniu ZNTK ze struktury PKP.

R.C.:  Na twój artykuł odpowiedział ci Henryk Żochowski artykułem „Komisarzowi Cattaniemu" – gratulacje!!!”.  Mówiło się, że napisała go Janina Mirek, był w jej stylu. Odwoływał się do akcji podpisowej, która „wykazała pod czyim kierownictwem większość załogi chce pracować”. Przyznał, że niesłusznie użył określenia „referendum”. Pisze, że spośród 1799 pracujących w dniu akcji zbierania podpisów [24.09.1990], 1475 poparło kandydaturę R. Ekierta, a więc 82%. Zarzucił, że manipulacji dokonał T. Wróblewski podpisując swoje oświadczenie, nie mając kworum na zebraniu Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność”. Odciął się od plotek na temat W. Łukaszuka. Ale zrobił wycieczkę osobistą, przypomniał, że zostałeś przyjęty do  ZNTK a gdy miałeś kłopoty ze zdrowotne, dostałeś „ciepłą posadkę”. I ujawnia, że dałeś miód, ale go nie przyjęto. Tak zostałeś trutniem, a oni pracowitymi pszczółkami. Także odpisała Janina Mirek tekstem „Mamo chwalą nas, wy mnie, a ja was…”

B.Ł.: Widać było innego autora. Słowo „lapsus” było ulubionym słowem mecenasowej Janiny Mierek. Z Zakładami chciałem się utożsamiać. Gdy z pracy w Białymstoku przeszedłem do stolarni, cieszyłem się, stolarstwem zawsze się interesowałem. A tam dechy na plecy i na mróz, w najprymitywniejszych warunkach, jak na zsyłce, bez szukania lepszych rozwiązań. Po kilku miesiącach pracz na mrozie miałem kłopoty ze strawami. Lekarz Wasielewska z przychodni zawodowej zabroniła mi dźwigać ciężkich rzeczy. Poszedłem do biurowca pytać o inną pracę. Obieg informacji o „miodku” to styl zakładowy, półprawda, donosik, poniżenie. Wielki zakład, wtedy było ponad 2200 osób, a zajmowano się tym, co kto pomyślał, powiedział, zrobił i to wcale nie w sprawach zawodowych. Plotki i donosicielstwo. Mirkowa była w opozycji za PRL, ale po 89’ okazało się, że ma mocne powiązania z tamtymi ludźmi. Ciekawe, że lewicujący z opozycji zawsze z komuchami się dobrze rozumieli. Towarzystwo, wódeczka, elitka.

R.C.:  Na to dałeś odpowiedź w artykule „Ośmiornica II.  Jako przykład działań układu pokazałeś rozbiórkę przychodni zakładowej za 153 (stare – czyli obecnie 15,3 tys.) miliony, a miało być za 39,2 mln, na co wskazała Izba Skarbowa.

B.Ł.: Być może to już było dorabianie się elity, może bałagan, ale wątpliwe. Dla kasy! Było wiele takich. Model działania liberałów i czerwonej nomenklatury.

R.C.:  W odpowiedzi wskazałeś, że Rada Pracownicza nie mogła konsultować kandydatur, bo nie miała prawa ujawniać szczegółów konkursu. Nawet szczegółowe wyniki prac Komisji Konkursowej były poufne.

B.Ł.: Naturalnie, ale w tej akcji nie chodziło tamtej stronie o argumenty, ale o przechwycenie władzy, której już  nie odda, aż stanie się właścicielem Zakładów. Władza miała dać im kapitał. Pewnie w PKP tylko czekali na taki sygnał, który skontruje decyzję i opinię Rady Pracowniczej.

R.C.:  Od 1.10.1990 r. nowym Dyrektorem był już Ryszard Ekiert. Jak to się stało? Dyrektor Generalny przychylił się do „woli załogi”? W „Ośmiornicy II” wyraziłeś nadzieję, że to, co w  ZNTK stoi na głowie, stanie na nogach, a następne odcinki „Ośmiornicy” nie będą potrzebne.

B.Ł.: Dyplomacja, aby nie wychodzić na skrajnego radykała, któremu się zarzuci nieodpowiedzialność i działanie na szkodę własnego zakładu w warunkach gospodarki rynkowej. Nie było wyjścia, uważaliśmy, że trzeba zapewnić Radzie Pracowniczej współpracę z Dyrektorem. W Ministerstwie Transportu był stary czerwony układ. To logiczne. Oni tylko sprawiali wrażenie otwartych na nowe, a nawet wystraszonych. SB w tym czasie spokojnie paliła dokumenty, góra się uwłaszczała, ci niżsi tworzyli firmy ochroniarskie, kantory itd. Czerwony kapitalizm się wspierał. To wszystko to jedna wielka smutna historia. Wypłynęły szumowiny. Jak zawsze. Zwykle szumowiny mają się dobrze. Jak w „Potopie” mówił Radziwiłł o Rzeczypospolitej, że każdy drze dla siebie, jak największy kawałek sukna. Pewien opozycjonista z lat 80. mówił: „Nie bójcie się wrogów. Wrogowie mogą tylko zabić. Nie bójcie się przyjaciół. Przyjaciele mogą tylko zdradzić. Bójcie się ludzi obojętnych, bo za ich cichym przyzwoleniem dzieje się całe zło na Ziemi”. To można także przenieść na ZNTK.   

R.C.: Ale ten numer „Gazety Łapskiej” [10. z 1.11.1990] zawiera rozmowę Katarzyny Drogi z nowym dyrektorem ZNTK, Ryszardem Ekiertem. Bardzo optymistyczny. Prawie nie mówi się o zwolnieniach, a proponuje się przesunięcia. Pośród wielu wymienianych szans na rozwój i utrzymanie zatrudnienia R. Ekiert wskazuje bagażowe wagony osobowe. Tyle że wyczuwa się, iż to wstępne pomysły, trochę hasła, punkty ze strategii na potrzeby konkursu na dyrektora ZNTK. Także R. Ekiert mówi, że nie jest wiadome, czy ZNTK zostanie w PKP/

B.Ł.: Hasła i mydlenie oczu. Naprawę dwuosiowych wagonów W. Brzosko miał uruchomić i później faktycznie uruchomił. Jeździł po innych ZNTK-ach. Nie udostępniano dokumentacji, tamci chcieli mieć robotę dla siebie. Nowe wagony to nowe specjalistyczne narzędzia, nowa technologia. Nie młotkiem i przecinakiem, a to wymagało zleceń dla ZNTK, a ze strony Zakładów zakupów maszyn i przeszkolenia pracowników. To były wyzwania. Hasła można było sobie rzucać.   

R.C.: Napisałeś: „Zdaję sobie sprawę, że pisząc to wszystko naruszam pewne tabu. I że capo di tutti capi nie daruje mi tego. Ale czułbym się winnym [milcząc], kiedy tuż obok pleni się plotka, oszczerstwo i zakłamanie, i przy ich pomocy próbuje się ogłupiać ludzi”. Postąpiłeś bardzo odważnie i szlachetnie. Czy naiwnie, czy może raczej ideowo? Chyba już wtedy Brzoskę zabrałem do ZWiK. Część przeszła na pozycje Ekierta. Została garstka. Raczej mieliśmy świadomość, że będzie ciężko niezależnie myślącym w ZNTK.

B.Ł.: Naiwny nie byłem, jestem bezkompromisowy. „Niech mowa wasza będzie tak-tak, nie-nie…” Ale faktycznie może sądziłem, że pracownicy w Zakładach są odważniejsi i zdecydowanie bardziej chcą zmian – także dla własnego dobra. Chyba wielu się przeliczyło co do załogi.

R.C.: Jak to było z twoim odejściem z ZNTK?

B.Ł.:Po ostatnim zebraniu Rady Pracowniczej, gdy została z mocy prawa zlikwidowana, wezwał mnie dyrektor Ekiert. Triumfująco, nawet tego nie ukrywał, zapytał z satysfakcją, co  będę teraz robił. Odpowiedziałem, że zgodnie z przepisami oddelegowania spodziewam się wrócić na swoje stanowisko. R. Ekiert stwierdził, że kierownik nie widzi mnie u siebie.

– To co pan dalej myśli robić? – powtórzył pytanie.

– Powinienem wrócić na swoje stanowisko, ale mam propozycję, aby przejść do „Gazety Łapskiej” – odpowiedziałem. Zgodził się od razu. Mogłem walczyć w sądzie, ale Rady Pracowniczej nie było, więc byłaby przepychanka. Tak by mnie ganiali. Ty mi doradziłeś przejście do „Gazetę Łapskiej” i przeszedłem. Brzosce wtedy zaproponowałeś przejście do ZWiK, a on pociągnął Sławka Maciejewskiego. Tak ewakuowaliśmy się z ZNTK przed „Ośmiornicą”.

RC: Pamiętam, że chciałem, aby jednak zostali ludzie, którzy zawalczą o rozwój ZNTK i coś zmienią, bo rozwój Zakładów będzie służył Łapom.

B.Ł.: Ale szybko stało się tak, że w Zakładach nie było z kim nawet o tym rozmawiać. Zresztą, tam nie było nic do zrobienia, bo ludzie byli zastraszeni, złamani, a nawet szykanowani. I można było się spodziewać, że układ sięgnie po władzę w Łapach. I faktycznie w 1994 r. Zakłady postanowiły w mieście rządzić. Opanowały samorząd. Niektóre decyzje zapadały w ZNTK. Gdy przejęli władzę w Gminie w II kadencji, to dopadli mnie.  Dyrektor Bogdan Chwedyna postąpił bardzo godnie – powiedział, że nie mogę pracować już w Gazecie Łapskiej, ale znajdzie mi inne zajęcie w Domu Kultury. Ja jednak tego nie chciałem, złożyłem podanie o rozwiązanie umowy o pracę.

R.C.:  Bogdanie, szacunek za odwagę. Wtedy tworzyliście większą grupę w ZNTK, ale ona się rozsypała. Nie byłeś sam, ale niektórzy potem zmieniali front, „nawrócili się” ma Dyrektora Ekierta. Dotyczy to T. Wróblewskiego. W. Brzoskę zabrałem do ZWiK, a on zabrał z ZNTK S. Maciejewskiego. Szybko przestała istnieć w ZNTK jakakolwiek opozycja. Związki zawodowe, były – jak w „słusznych czasach” – transmisją polityki dyrekcji na masy. Ale życie powiedziało sprawdzam. ZNTK nie ma! Czy czujesz, że pokazało, iż to  ty miałeś rację?  Zauważyłem, że byli pracownicy ZNTK najmniej chcą pamiętać, jak wyrażano „wolę załogi”, jak podpisywano się pod poparciem R. Ekierta na dyrektora. Może i była przy tym presja, ale znacznie bardziej euforia, że „będzie nasz, a nie tamten obcy, może nawet podejrzany”.

B.Ł.: Wydawało się, że spora grupa chce zmian w ZNTK. Niektórzy mieli ładne historie. Na przykład Tadek Wróblewski uaktywnił się pod koniec lat 80. w apostolstwie trzeźwości. Kpili z niego kierownicy, lizusy Dyrekcji i zakładowe pijaczki, ale trzeba było charakteru, aby apostołować, namawiać ludzi do zapisania się w „Księdze Trzeźwości”. Potem ostro szedł jako szef związku, atakował Ekierta, ale załamał się, przeszedł na drugą. Heniek Żochowski, dostał posadę w obronie cywilnej, którą jako związkowiec tak krytykował. Dobrze zapisał się w Radzie Pracowniczej Wiktor Brzosko, ale potem był za miękki i musiał uchodzić z zakładu. Dobrze się zapisał Sławek Maciejewski. Nieźle wypadł w konkursie. Był prekursorem nowoczesnego marketingu, ale, gdy zlikwidowano jego dział, doradzono mu, aby się ewakuował. Namówił go Brzosko, aby też poszedł do ZWiK.  W 1994, gdy ZNTK poszło do wyborów z własnym komitetem, ja nadal pracowałem w „Gazecie Łapskiej”. Wtedy spodziewałem się, że polecę z pracy. Długie macki „Ośmiornicy”. Jak wspomniałem, sam odszedłem, aby realizować się na innej drodze zawodowej, własnej, niezależnej, prowadząc swoją pasiekę. Na początku nie miałem łatwo. To był najgorszy rok, najbardziej wilgotny, dający najgorsze zbiory miodu w ciągu wszystkich moich 30 lat pracy pszczelarza. Było nam marnie finansowo, ale przeżyliśmy. Ale, gdy jedno się wali, można znaleźć coś nowego. Zacząłem eksperymentować z  ulami własnego pomysłu, ale to już inny temat.

R.C.:  Dziękuje ci za tę niezwykłą podróż w zakładową przeszłość. Liczyłem, że porozmawiamy i o pszczołach, ale pewnie już innym razem.

B.Ł.: Także dziękuję. Lubię pracować, a już przy pszczołach szczególnie. Nic nie da narzekanie, ławeczka z piwem i mówienie, jak jest źle. Bywa różnie, ale narzekanie nic da. Trzeba to zmieniać. W ZNTK się nie udało, ale na ZNTK świat się nie kończy. Rzeczywistość trzeba zmieniać. Zacytowałbym mój ulubiony fragment „Traktatu Moralnego”:

„Nie jesteś jednak tak bezwolny,
A choćbyś był jak kamień polny,
Lawina bieg do tego zmienia,
Po jakich toczy się kamieniach.
I, jak zwykł mawiać już ktoś inny,
Możesz, więc wpłyń na bieg lawiny”.

R.C.: Raz jeszcze dziękuję.

(Łapy, 2014-03-14).

Wywiad dla Portalu Łapy przeprowadził Roman Czepe.


UWAGA REDAKCJI [2014-04-06]:

Na prośbę B. Łuczaja w zdaniu „Wróblewski, podobnie jak Heniek Żochowski, dostał posadę w obronie cywilnej, którą jako związkowiec tak krytykował” usnęliśmy zapis o T. Wróblewskim. T. Wróblewski (po przeczytaniu tego wywiadu) w rozmowie z B. Łuczajem zapewnił, że nigdy nie dostał posady w obronie cywilnej.Dla nas jest to kwestia marginalna do ew. wyjaśnienia. Chodzi o istotę: przejście T. Wróblewskiego na drugą stronę. Historia jego przejścia na drugą stronę została obszernie opisana w Życiu Łap” i Twoich Łapach”. 


CZYTAJ TAKŻE:

Gazeta Łapska – numery: 0, 1-11/ 1990 r. http://www.portal.lapy.pl/aktualnosci/199,10-pierwszych-numerow-gazety-lapskiej.html